¾ piłkarskiego świata nienawidzi Realu. Za co? W końcu to jeden z najbogatszych klubów, który „podkupuje” rywalom zawodników, nie bacząc na sumy, jakie trzeba przy tym wydać. Dlaczego Real Madryt jest najbardziej utytułowanym klubem świata? Ponieważ od zawsze ściągał największe gwiazdy. Od zawsze, do dziś.
Za każdym razem, gdy ktoś dowiaduje się jakiej drużynie kibicuję, od razu słyszę wiązankę „Real to nie klub, tylko pieniądze”. Oczywiście od razu odgryzam się ripostą dotycząca historii i tradycji, zaznaczając też, że do wielkich pieniędzy należało w jakiś sposób dojść. Jak? Powinniście zapytać chociażby señora Fernando Santiago Bernabeu. Tak wielki budżet nie bierze się z nikąd, aczkolwiek nie o tym miałem dziś prawić...
Minionego lata, kiedy to Florentino Perez znów wrócił na tron, po raz wtóry dał znać o swojej niemalże kobiecej słabości do wydawania pieniędzy. Ongiś były przecież miliony wydane na Figo, Zidanea, Ronaldo, czy Beckhama. Po powrocie El Presidente od razu ruszył z grubej rury, wydając na transfery rekordową dotąd sumę. Z czystej skromności, pobożności (i słabości do matematyki) ową liczba nie padnie jednoznacznie w owym tekście, bo kto potrafi liczyć, ten wie ile to: 80 milionów funtów za Cristiano, 64,5 miliona euro za Kakę, kolejno 35, 30 i 15 milionów euro za Benzemę, Alonso i Raula Albiola oraz 16 milionów polskich złotych za Alvaro Arbeloę (dla wszystkich cwaniaków – walutowa gratka).
Cóż to jednak same drogocenne zakupy? Perez lubi też wyprzedaże. Tyle tylko, że wyprzedaże z kadry Blancos. Bo przecież chyba nie można nazwać inaczej transferów Arjena Robbena, czy Wesleya Sneijdera, którzy należą do piłkarskiej elity, a są niechciani w klubie, który od lat nie może zwyciężyć na międzynarodowej arenie. Ba, cóż można sobie pomyśleć o matematycznych zdolnościach Floro Pereza, który sprzedaje tak wartościowych zawodników za bezcen? Popadając w prywatną wycieczkę, czuję iż jednak nie ja jestem najsłabszym matematycznym ogniwem.
Ktoś musiał jednak przyjść Realowi z pomocą. Nie wiem, czy to Perez sam udał się w końcu po rozum do głowy, czy też znalazł jakiegoś inteligentnego doradcę, bądź czy wpływ na całą sytuację miał ekscentryczny Mourinho, aczkolwiek stało się! Mało kto przed rokiem byłbym w stanie uwierzyć, ale to prawda, prezydent madryckiego zespołu w końcu zmienił politykę transferową. Po co wydawać ogromne miliony, skoro można kupić (za przystępną cenę) tak solidnych zawodników jak choćby Ricardo Carvalho.
Na Mesuta Özila, Semiego Khedire, Pedro Leóna, Angela Di Marię oraz Sergio Canalesa Królewscy nie musieli wydawać już tak wielkiej fortuny, jak choćby za duet Cristiano Ronaldo – Ricardo Kaka. Widać więc ogromny progres. Rok temu świat spustoszył rzekomy kryzys gospodarczy, a Florentino i tak wydawał ogromne miliony. Czyżby w tym roku na jego drodze stanął… po prostu brak wyników? A może Perez przeszedł tak ogromną metamorfozę, że stał się cierpliwy i czeka na efekty zeszłorocznych wydatków, w co raczej bym nie wierzył. Jako fani Realu Madryt uzyskaliśmy jednak swego rodzaju knebel, zatykający usta wszystkim fanatycznym krytykom.
Klub zasilił jeden doświadczony defensor oraz pięciu młodych, ale świetnie rokujących zawodników. Za kilka lat, to właśnie oni mogą stanowić taką klasę, jak Cris, czy Kaka choćby przed dwoma laty. Zawsze cieszy mnie kiedy Real dokonuje tak perspektywicznych transferów, jak choćby za kadencji Calderona, kiedy do Madrytu przeprowadzili się Higuain, Marcelo oraz Gago. Napisałem wówczas felieton „Zmiana polityki transferowej”, kiedy to popadałem niemal w zachwyt tymże poczynieniem. Później człowiek się starzeje i postanawia przemyśleć pewne kwestie. Zanim zaczniemy radować się zakupem młodego geniusza, poczekajmy aż coś pokaże w naszej drużynie. Całej ekipie „pretendentów na gwiazdy” dajmy więc trochę czasu na wykazanie się i udowodnienie swojej wartości.
Oczywiście nie mogę nie cieszyć się ze zmiany strategii dotyczącej transferów, aczkolwiek jako zawodowy malkontent jestem zmuszony się do czegoś przyczepić. Bo po co nam 5 nowych pomocników, skoro klub opuścił tylko jeden, a w kadrze jest/było jeszcze 3 zawodników, mogących grać w linii pomocy? O ile zakup Carvalho okazał się strzałem w dziesiątkę przy kontuzjach Pepego, Garaya oraz Raula Albiola, o tyle też, zastanawiam się co będzie, jeśli z gry na dłużej wypadnie ktoś z trójki Cristiano, Higuain, Benzema. Aktualnie (po pierwszej kolejce!) dwóch z nich boryka się z drobnymi urazami. Mimo sporej wszechstronności Sergio, Mourinho chyba nie powinien desygnować Ramosa do gry w ataku? Jasne, mamy przesyt w drugiej linii, więc zawsze można by przesunąć któregoś z pomocników. Ponoć na bezrybiu i rak ryba, ale z kreatora gry nie zrobi się przecież zawodowego snajpera, a ktoś te bramki będzie musiał jednak strzelać. Poza tym, mając zbyt wielu piłkarzy do gry na jednej pozycji, bądź co bądź, w jakiś sposób będzie blokowało się ich rozwój, co jest przecież przeciwieństwem założonego powyżej celu.
Cieszmy się i radujmy, że wujek Perez nie szasta pieniędzmi, jak dotychczas. Bądźmy także szczęśliwi z tego, że na Estadio Santiago Bernabeu trafiają bardzo młodzi zawodnicy, przed którymi jeszcze wielka kariera. W ekipie Merengues od zawsze brakowało cierpliwości, gdyż trofea należy zdobywać od teraz. Dlatego też młode gwiazdy Los Blancos będą musiały spieszyć się ze swoim rozwojem. Owe pozytywne aspekty nie pozwalają mi jednak spać spokojnie, widząc jakże wielki przesyt i problem dobrobytu w linii pomocy, jak i wielki brak choćby jeszcze jednego rezerwowego napastnika. Z chęcią przytoczyłbym pewne przysłowie zaczynające się od słów „jak nie urok, to…”, ale pora jest chyba zbyt wczesna, dlatego też dodam na koniec, iż nie możemy chyba liczyć na utopię, jeśli chodzi o transferową strategię. W Realu, jak w i polskiej polityce, niemal zawsze trzeba wybierać mniejsze zło.
